Photobucket - Video and Image Hosting
Link 17.08.2008 :: 18:37 Komentuj (0)
Po kolejce pt. 2 czyli prawie dwie kolejki, które i tak
niczego nie zmienią.
    Im więcej czasu upływa od pierwszych młodzieńczych
zachłystnięć futbolową atmosferą, tym mniej zainteresowania wywołują u mnie wszelkiego
rodzaju rozgrywki futbolowe, począwszy od najważniejszego na kontynencie
turnieju EURO a na polskiej ekstraklasie kończąc. Na EURO 2008 najlepszym spotkaniem jakie
obejrzałem w całości była dogrywka w spotkaniu Turcja-Chorwacja. 90 minut
futbolu na żywo udaje mi się wytrzymać jedynie siedząc na trybunach stadionu
przy ulicy Łazienkowskiej. A drogi czytelniku wiedz że, jest to poświęcenie
przeogromne, ponieważ czasami kibice są ofiarami wyrafinowanych taktycznych
tortur a czasami widzami żałosnej komedii pomyłek.
    Ostatnio przyjmuję wobec futbolu postawę zblazowanego
kibica, który już wszystko widział, wszystko przeżył a wszystko co jeszcze się
zdarzy nie zrobi na nim żadnego wrażenia.
    Jednak są sytuacje w których łapię się na tym, że pod
płaszczem obojętności kryją się jeszcze jakieś emocje.
      Przed
planowanym rozpoczęciem rozgrywek, pod koniec lipca,
gdy zadzwonił towarzysz kibicowskiej doli i niedoli z pytaniem: „Idziemy?”. Z nieukrywaną radością
odpowiedziałem: „Idziemy!”
    Nowy
sezon to nowe nadzieje, nowe cele i oczekiwania.
Liczyłem, że po przedsezonowym korupcyjnym zamieszaniu, zawodnicy grający w
ekstraklasie wleją choć troszeczkę wiary w serca kibiców. Niestety. Za nami
prawie dwie kolejki sezonu a już zapowiada się podobnie nudno i słabo jak
przed rokiem.
    Gdy piszę te słowa Legia przegrywa Odrą w Wodzisławiu 2-0.






Link 08.05.2008 :: 02:20 Komentuj (5)



Po kolejce część 1 czyli 28 kolejek sezonu po których masz kaca i ta jedna po której wiesz, że jutro będzie lepiej

    Czas najwyższy przerwać twórczą
impotencję. Na swoje nieszczęście jestem leniem przeogromnym i gdyby mi się
chciało mógłbym stworzyć dzieło pod wszystko mówiącym tytułem „Żywot człowieka
gnuśnego”. Utwór pewnie byłby nieciekawy i straszliwie nudny ale przynajmniej
nie musiałbym daleko szukać inspiracji. Tym bardziej trudno było znaleźć
natchnienie oglądając zmagania naszych ligowców.
    Jednak emocje towarzyszące
przedostatniej kolejce spotkań „Pomarańczowej Alternatywy” (czytaj Orange
Ekstraklasy) przywróciły moją zdolność kreacji. A już przestawałem już w to
wierzyć. To doprawdy niezwykłe, że piłkarze jakimś cudem przypomnieli sobie na
czym polega gra w piłkę. Lepiej późno niż wcale. Oglądałem solidnie wszystkie
rozegrane do tej pory serie spotkań. Z ligowych gier przy Łazienkowskiej
opuściłem tylko pojedynek z Ruchem Chorzów, a w sobotę wybieram się na mecz z
Polonią Bytom. Wiedzę na temat krajowego futbolu mam całkiem sporą i szczerze
nie przypominam sobie, kiedy ostatnio miała miejsce taka kumulacja
ekscytujących dla kibiców przeżyć. Nie prowadzę statystyk ale najczęściej
osiąganymi rezultatami były 0-0 lub 1-0. Często z boiska wiało nudą. Zero
emocji. Aż tu nagle… Cztery bramki w trzech spotkaniach zostały zdobyte w
ostatnich minutach a połowa z nich w doliczonym czasie gry. Może nie ma się
czym podniecać ale jak na nasze ligowe standardy jest to wydarzenie godne
uwagi.
     Najwięcej wrażeń dostarczył mecz
pomiędzy broniącą się przed barażami Polonią Bytom i walczącym o udział w
eliminacjach Pucharu UEFA Lechem Poznań. Przy stanie 1-1 w 90 minucie meczu na
prowadzenie wychodzi Lech. Trzy minuty później za sprawą Pavola Stano Polonia
zdobywa bramkę, która może decydować o utrzymaniu się tej drużyny w lidze.
Chwilę później sędzia, który gwoli ścisłości wcześniej nie uznał Lechowi
prawidłowo zdobytego gola, kończy spotkanie.
    Sam często zastanawiałem się nad
koniecznością istnienia w ligowym środowisku drużyn pokroju Polonii Bytom. Czy
wnoszą one coś pozytywnego do mocno pochmurnego wizerunku naszej ligi? Czy może
grać w ekstraklasie zespół, który organizacyjnie nie spełnia żadnych wymogów
niezbędnych nie tylko do właściwego funkcjonowania na tak wysokim poziomie a
nawet do prowadzenia osiedlowego warzywniaka? Oglądając początkowy falstart
Polonii do rundy rewanżowej odpowiedziałbym że nie. Kulminacją tej fatalnej
passy było spotkanie z Górnikiem Zabrze, w którym to kuriozalną bramkę z 60 metrów zdobył Tomasz
Hajto. Później było już tylko lepiej. Porażka z Wisła Kraków wstydu na pewno
Polonistom nie przynosi. W następnych sześciu kolejkach Polonia nie przegrała
żadnego spotkania notując dwa zwycięstwa i cztery remisy. Czy teraz na tak
postawione odpowiedziałbym inaczej? Tak! Bezdomna jesienią drużyna zasługuje na
utrzymanie. Polonia nie prowadzi „Benitezowej” pełnej wyrafinowania i niuansów
taktycznych gry, ale prezentuje ogromne pragnienie utrzymania się w lidze i
najprostszymi środkami dąży do zaspokojenia swoich chęci. Pamiętam jak przed
spotkaniem z Widzewem w Łodzi były kapitan Polonii Jacek Trzeciak motywował
swoich młodszych kolegów mówiąc mniej więcej tak: „Widzicie panowie, jak jest w
pierwszej lidze. Kamery przyjeżdżają. W drugiej lidze tego nie będzie. Żarty
się skończyły. Trzeba zapierdalać.”. Naprawdę to było piękne. Drużyna składa
się w większości z zawodników którym nigdzie i nigdy wcześniej nie udało
zaistnieć w pierwszoligowych zespołach. Grupa desperatów pragnąca pokazać jak
bardzo wszyscy się mylili. A poza tym… Któż z nas nie oglądał „Potężnych Kaczorów”
i nie trzymał kciuków za podopiecznych Gordona Bombaya. Któż z nas nie oglądał
„Reggae na lodzie” i nie kibicował Jamajczykom w ich wyścigu na olimpiadę.
    Polonia Bytom jest tą drużyną z
dolnych rejonów tabeli, której nie należy lekceważyć a którą przede wszystkim
trzeba docenić za ogromne serce do gry. I nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że
na pierwszą ligę to za mało. Wie coś o tym Widzew, któremu tego temperamentu
zabrakło i zamiast skończyć w drugiej lidze wylądował w trzeciej. Dlatego będąc
na Łazienkowskiej będę po cichu kibicował Polonii. Oni muszą się utrzymać!!!

P.S. Dedykowane... Hadziaj Skład 08














Link 10.09.2007 :: 01:23 Komentuj (3)

Na sobotni mecz czekałem, podobnie jak każdy sympatyk futbolu, z ogromną niecierpliwością. To miał być prawdziwy sprawdzian możliwości naszej reprezentacji. Miał być odpowiedzią na pytanie gdzie jesteśmy na drodze po zaszczyty, czy zeszłoroczna wiktoria była jednorazowym wybrykiem, chwilową anomalią w uporządkowanym piłkarskim świecie. Ostatnie wyniki spotkań nie były korzystne dla Orłów, a mimo to apetyty na kolejną niespodziankę zostały znacznie rozbudzone. Przed spotkaniem można było stwierdzić, że motto życiowe Beenhakkera brzmi: „Always look on the bright side of life”. Holender podkreślał znakomitą dyspozycję wszystkich kadrowiczów, co dodatkowo podgrzewało optymistyczne nastroje.


        Z pamiętnika kibica:


„O 22 czasu wschodnioeuropejskiego wszyscy staliśmy się piłkarzami. Każdy rozgrywał swój własny mecz z Portugalczykami. Zaczęły się typowo kibicowskie emocje. Przerażone żony nie poznawały swych dotąd statecznych mężów, a ich małoletnie pociechy uczyły się od dotąd statecznych ojców „Słownika kibica w kapciach”. „Podaj!” „Wybij, wybij!” „Na lewo!” „Co on k....a zrobił!!!” Te słowa dało się słyszeć z niejednego polskiego domu. Czekamy na wydarzenie, które będzie dla naszego pokolenia „nowym Wembley”.


Holendrzy nie osiągnęliby statusu znakomitych nauczycieli futbolu, gdyby nie idący w parze z optymizmem życiowy pragmatyzm. Leo doskonale zdawał sobie sprawę, że takiego meczu jak ten zeszłoroczny nie da się powtórzyć. Otwarta gra naszej drużyny mogła skończyć się katastrofą. Dlatego Beenhakker w pierwszej połowie po mistrzowsku ustawił drużynę. Polacy prowadzili grę zgodnie z taktycznymi założeniami. Zawodnicy mieli jak najszybciej przerywać akcje Portugalczyków i czekać na swoje okazje. Podopieczni Scolariego mieli przewagę z której to absolutnie nic nie wynikało. Gdy wydawało się, że pierwsza połowa skończy się bezbramkowym remisem nieoczekiwany strzał Błaszczykowskiego i jeszcze bardziej nieoczekiwana dobitka Lewandowskiego. 1:0. Wytrzymać drugą połowę i będziemy w raju.



        Z pamiętnika kibica:


„Pierwsza połowa nie jest dobra. Typowe „piłkarskie szachy”. Umiejętnie się bronimy ale... Ale przecież nie przyjechaliśmy się bronić. „My chcemy gola, Polacy my chcemy gola!” „Wybij, cholera wybij tą piłkę!” Z drugiej strony mogliśmy coś stracić. Nie jest dobrze. Nie jest też źle. Może uda się coś strzelić. Kuba! Kuba! O Jezus Maria!!! Leeeewy!!! Goooooool!!!!!!!!!! Mamy ich!!!”  



Polacy strzelili bramkę tak naprawdę w momencie najgorszym z możliwych. To my byliśmy prawie na pewno w finałach Euro 2008 a Portugalczycy niebardzo. Pomyślałem: ”Już po nas. W drugiej połowie będzie ostre strzelanie. Będzie Częstochowa.” I rzeczywiście. Od początku drugiej części spotkania Polacy zaczęli grać dziwnie bojaźliwie. Tak jakby sami próbowali wyprowadzić się z tego cudownego snu. Dwa prezenty i było praktycznie po meczu. Odniosłem wrażenie, że już to gdzieś widziałem. Chociażby Wembley’96. Bramkę na 0:1 strzela Citko. Ostatecznie przegrywamy 2:1. Wtedy narodziła się Citkomania. Teraz takiego szaleństwa nie będzie. Piłkarze mają szansę przejść do panteonu graczy-partaczy, a samo spotkanie wpisać się na długą listę porażek w meczach o wszystko. Właśnie na Stadionie Światła zgasła dla naszego futbolu ostatnia iskierka nadziei.


        Z pamiętnika kibica:


„Kiedy padła wyrównująca bramka trochę się wkurzyłem, ale... „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało.” Po drugiej bramce, po raz drugi w dniu dzisiejszym, zacząłem sprzątać pokój. A córka zaczęła czytać „Lalkę.” Ja nigdy bym się nie zdobył na taki dramatyczny gest. Znowu to samo. Porażka. W takim spotkaniu. Dlaczego?!”



Tak naprawdę nie było żadnych racjonalnych przesłanek, aby mieć jakąkolwiek nadzieję na korzystny rezultat. Po prostu w drugiej połowie Polacy nie zrobili nic aby utrzymać korzystny dla siebie rezultat. Jedynym zawodnikiem, który jeszcze starał się poderwać zespół do walki był kapitan Krzynówek. Strzał rozpaczy. Słupek, plecy i gol. Nie pierwszy raz w tych eliminacjach sprzyja nam szczęście. W ogóle perypetie ze słupkiem i poprzeczką nasuwają skojarzenia z... afrykańskimi szamanami odprawiającymi czary pod bramką przeciwnika.  Oni mają szamanów my mamy Holendra, który przywiózł ze sobą przeogromną furę fartu. Euro 2008 jest już na wyciągnięcie ręki.



        Z pamiętnika kibica:


“Gol? Gol?! Goooooollll!!!!!! Niemożliwe, niemożliwe. Jak on to strzelił??? Jacku, dzięki Bogu jesteś z nami. Panie sędzio kończ pan ten mecz!!!!! Nasze pokolenie ma swoje „Wembley”. Yes, yes, yes. Zaczynam zbierać pieniądze na Euro.”


P.S.


Pojawiły się głosy, że mamy „nowe Wembley”. Analogii pomiędzy tymi wydarzeniami jest wiele, jednak pozwolę sobie na krótką polemikę. Owszem w sobotni wieczór narodziła się drużyna, która z dużą dozą prawdopodobieństwa przejdzie do historii naszej piłki nożnej. Potraktujmy ten rezultat jako początek sukcesów a nie początek kolejnej legendy, którą będziemy żyli przez następne 30 lat. Niech to będzie po prostu Stadion Światła a nie „Stadion Światła”. Tego życzę nam wszystkim.


 



Link 10.11.2006 :: 00:56 Komentuj (2)
"Kalejdoskop"


Tylko i wyłącznie swojemu lenistwu mogę zawdzięczać twórczą niemoc. W tym okresie na ligowych boiskach miało miejsce wiele ciekawych zdarzeń. A wraz z nimi przychodziły do głowy równie interesujące pomysły, domysły i skojarzenia przyprawione szczyptą humoru. Mogłem stworzyć kilka naprawdę przyzwoitych komentarzy... Po dwóch kolejnych, imponujących zwycięstwach Widzewa – z Łęczną i Lechem - byłem skłonny wygłosić tyradę o z-Łodzi-ejach kradnących ligowe punkty, w dodatku robiących to bezczelnie, za nic mając sobie bardziej doświadczonych kolegów po fachu. Gdy ŁKS wygrał z Bełchatowem widziałem łódzką Galerę dzielnie radzącą sobie na wodach ekstraklasy, pewnie zmierzającą do portu Podium. Kiedy wspomniany wcześniej GKS nie potrafił odnieść zwycięstwa w czterech kolejnych meczach wróżyłem tej drużynie powrót do szarości. Z Korony uczyniłem Mistrza Polski. A o Legii nie chciało mi się nawet pisać. Z litości, bo szkoda było słów dla drużyny, która przegrała na wszystkich frontach. Minął ponad miesiąc. Gdybym to wszystko napisał byłbym szczęśliwy, że udało mi się przezwyciężyć niechciejstwo. Byłbym również trochę smutny bo, teraz można by je podrzeć i wyrzucić do kosza. Tak bardzo te słowa by się zdezaktualizowały. Gdybym je napisał…


Obecnie Widzew prezentuje się tak, jakby dostał po łapach od tych bardziej doświadczonych złodziejaszków, jednocześnie dostając bolesną lekcję z której powinni łodzianie wyciągnąć odpowiednie wnioski. Jakby tego było mało to zaszkodziły im kluski śląskie i z Wodzisławia wrócili z niestrawnością. Galera ŁKS-u tu i ówdzie przecieka, a załoga się powoli zaczyna wykruszać szukając pewniejszych okrętów. Tymczasem Bełchatów przeżywa powrót do przeszłości, nawiązując wynikami i boiskową postawą do pierwszych kolejek obecnego sezonu. Na prawdziwego zbawcę drużyny Oresta Lenczyka wyrasta nie Radosław Matusiak, a Mariusz Ujek. We Wrocławiu znany również jako Mariusz U. Korona prezentuje się całkiem dobrze, ale gdzie niegdzie przyprószyła się lekko patyną i już nie błyszczy jak wcześniej. A Legia? Z konsekwencją odrabia straty poniesione na początku sezonu. Jedynie Lech Poznań prezentuje osobliwą odmianę stabilizacji, a mianowicie destabilizację. Sytuacja zmieniła się jak w kalejdoskopie. Jako kibica zawsze zastanawiało mnie dlaczego w Polsce większość piłkarzy nie potrafi w dłuższej perspektywie ustabilizować formy. Nie byłem w stanie udzielić sobie żadnej odpowiedzi. Nie chce im się? Imprezują po nocach? To nie możliwe żeby dziś grali tak fatalnie! Przecież w ostatniej kolejce wygrali tak efektownie. Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Z piłką nożną jest jak z kalejdoskopem. Żeby poznać i zrozumieć mechanizmy jej działania trzeba spojrzeć z drugiej strony.


Na koniec winny jestem mojej gnuśności podziękować. Za co? Za to, że pozwoliła mi otworzyć oczy i dojść do pewnych frapujących wniosków. Po pierwsze: bez sensu jest pisać o tym o czym się nie napisało. Po drugie: nie należy się przejmować tym, że się nic nie napisało. Po trzecie: a tym bardziej nie przejmować się, że się napisało. Po czwarte: nie pisać o polskiej piłce nożnej. I po piąte: zapomnieć o punkcie czwartym.


Link 21.09.2006 :: 23:07 Komentuj (0)
„Okazało się‚ że nawet na mecze ze Stalą trzeba się odpowiednio zmobilizować.” – powiedział po blamażu w Sanoku kapitan Legii Łukasz Surma. Odkrycie to doprawdy przełomowe. Należy się za to tytuł Honoris Causa na AWF w dziedzinie odkrywania futbolowych prawd. Ewentualnie piłkarski Oskar w nowej kategorii „Złotouści”. Dobrze, że tych meczy nie będzie więcej bo zapewne już na samą myśl o spotkaniu z sanockim zespołem, zawodników przeszłyby dreszcze przerażenia jakby chodziło o Real, Barcelonę albo nie daj Boże Szachtar Donieck. Co ciekawe kapitan nie wspomniał nic o innych drużynach. Czyli grając z Łks Łódź, Arką Gdynia mobilizacja była odpowiednia? Jeżeli tak, to cieszę się, że nie byłem w Sanoku.

Link 21.09.2006 :: 20:31 Komentuj (1)
Niezmiennie od kilku lat w polskiej piłce nożnej rządzą Legia i Wisła. I mniej więcej tyle czasu wszyscy czekają na to, aż w końcu pojawi się zespół, który przerwie hegemonię potentatów. Z tej przyczyny w słowniku piłkarskiego kibica pojawiło się określenie „trzecia siła”. Mianem tym określane są drużyny, które mają skutecznie i permanentnie rywalizować z wymienionym tandemem. Wytypowanie przyszłych ligowych potęg z pozoru nie wydaje się zadaniem trudnym. Mimo to okazuje się, że jest to prawie niemożliwe. Owszem zdarzają się przypadki, że jakaś drużyna niespodziewanie błyśnie formą w kilku meczach jednak utrzymanie takiego stanu rzeczy jest równie niepewne jak przyszłość rządowej koalicji. Można pokusić się nawet o stworzenie listy: „Mieliśmy być trzecią siłą polskiej ekstraklasy, ale nam nie wyszło”. Groclin, Cracovia, Zagłębie, Górnik Łęczna, Polonia...


Przed startem bieżącego sezonu w gronie faworytów pojawił się nowy Lech Poznań. Do tej pory cechą wspólną „trzecich sił” była słaba dyspozycja w następnym sezonie. Kolejorz uczciwie podszedł do sprawy i w każdym spotkaniu uświadamia nas, że określenie ich tym mianem nie jest na wyrost. Jak na razie sytuację można porównać do makiety i elektrycznej kolejki. Prowincjonalna makieta „Wronki” została zamieniona na większą aczkolwiek używaną makietę „Poznań”. Składy dotąd jeżdżące po torach zostały połączone. Do obsługi zatrudniono Franza Smudę, który bawił się już takimi zabawkami w Łodzi, Krakowie i Warszawie. Z tą tylko różnicą, że tam – dosłownie i w przenośni – miał lepszy skład.


Na papierze Lech ma całkiem mocną drużynę. Reprezentanci Polski Wasilewski i Bosacki, utalentowani młodzieżowcy Wojtkowiak i Kucharski, solidni pomocnicy Scherfchen, Bąk, Zakrzewski, a w ataku symbole drużyny Reiss i Dembiński. Wprawdzie drużyna nie gra na miarę oczekiwań ale postawa Lechitów stanowi pewnego rodzaju pozytywną niespodziankę. Nikt w Orange Ekstraklasie nie gra tak widowiskowo. Lech traci gole z dziecinną łatwością i równie łatwo je strzela. Mecze z udziałem Kolejorza to prawdziwe piłkarskie święto dla tych wszystkich, którzy mają dość taktycznych pojedynków kończących się wynikiem 0-0. Chciałbym aby w naszej ekstraklasie było jak najwięcej drużyn preferujących taki ofensywny styl. Zdaję sobie sprawę, że Lech – chcąc osiągnąć sukces - kiedyś zacznie grać przede wszystkim efektywnie a wtedy przyjemność oglądania Poznaniaków może być mniejsza. Ale póki co ja stawiam (na) Lecha.


Link 02.09.2006 :: 23:57 Komentuj (2)
Na inaugurację sezonu Mistrz Polski wygrał z Cracovią. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Wtedy… Kto mógł przypuszczać, że kibice z Łazienkowskiej czekać będą blisko miesiąc na zwycięstwo swojej drużyny. Wojskowi prezentowali się fatalnie. Rozmawiając ze znajomym po meczu z ŁKS-em zadałem mu pytanie: „Co się stało z tą Legią?” Odpowiedział: „Obrona jest nieszczelna, pomocy nie ma, a w ataku „Nędza.”  W jednym z pierwszych wywiadów po objęciu stanowiska trenera Legii Wdowczyk powiedział, że chciałby aby jego drużyna grała solidnie w obronie, kreatywnie w pomocy i strzelała gole. Gra Legii była więc całkowitym zaprzeczeniem szkoleniowej myśli  Wdowca. Diagnoza kolegi była prawidłowa.

 

Trener chciał aby drużyna zawsze o coś walczyła, grała z charakterem. Owa cecha – przywołująca skojarzenia z ligą angielską - jest wyróżnikiem drużyn prowadzonych przez Wdowczyka. Tak było również z Legią. W zeszłym sezonie eksperci często kręcili nosem na styl w jakim wojskowi maszerowali po tytuł mistrzowski, jednak podkreślali twardość, nieustępliwość i pełne zaangażowanie drużyny przez dziewięćdziesiąt minut meczu. Tymczasem w pierwszych meczach jedynym nawiązaniem do wyspiarskiego stylu gry była mgła spowijająca boiskowe poczynania stołecznej jedenastki. Jeżeli dodamy do tego deklaracje prezesa Zygo, że awans do piłkarskiego raju jakim jest Liga mistrzów nie jest koniecznością, to już wiemy skąd u piłkarzy ten brak ambicji. W końcu przykład idzie z góry.

 

Spotkanie z Szachtarem pokazało, że nawet słaby Górnik Zabrze mógł okazać się zbyt trudnym przeciwnikiem. Tymczasem po dziesięciu minutach Legia prowadziła 2-0 , a najwięksi niedowiarkowie przecierali oczy ze zdumienia. Czy ten mecz był odrodzeniem Mistrza Polski? Chciałbym odpowiedzieć, że tak. Jednak pomimo zwycięstwa trudno być optymistą. Wojskowi grali momentami naprawdę dobrze. Co z tego skoro w piętnaście minut pozbawili przynajmniej części kibiców resztki nadziei. Żaden z mankamentów w grze Legii nie został wyeliminowany. O ile można jeszcze wybaczyć brak skuteczności – w końcu Legia strzeliła trzy bramki – to zachowanie defensywy woła o pomstę do nieba.  

 

Po meczu z Górnikiem rozmawiałem z kolegą. Zauważyłem, że jakoś zbytnio się nie cieszy. Będąc jeszcze ekstatycznym J szale pytam się: Co się stało?! Odpowiedział: „Obrona jest nieszczelna…”


Link 01.09.2006 :: 00:54 Komentuj (3)

łan tu klawi czek


Archiwum

2008
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień

Linki

raszkaiders


Księga gości

Wyślij wiadomość